Król(owa) jest naga

Minęło właśnie 100 dni premier Beaty Szydło. Choć czas funkcjonowania nowej władzy jest krótki, to jednak można pokusić się o pierwsze oceny i podsumowania. Co rząd skonstruowany (po raz pierwszy w historii III Rzeczpospolitej) przez jedną partię – PiS – oznacza dla Polski? Jakie będą konsekwencje ekonomiczne poszczególnych rozwiązań? Czy Polakom będzie żyło się lepiej?

W kampanii wyborczej PiS z emfazą zapowiadało „dobrą zmianę”. Stworzono diagnozę sytuacji społeczno-ekonomicznej, której myślą przewodnią były słowa „Polska w ruinie”, i starano się wyprzeć ze świadomości społecznej głoszony przez poprzednią koalicję rządową PO – PSL mit „zielonej wyspy”. Ta marketingowa operacja w dużej mierze powiodła się. Polacy uwierzyli w scenariusz klęski. Nie było to trudne, gdyż w wielu obszarach ludziom faktycznie, i również w sensie obiektywnym, żyje się trudno. Wymiary polskiej rzeczywistości rozjechały się: z jednej strony mamy Polskę metropolitarną, która dynamicznie się rozwija, tworząc archipelagi dobrobytu; zaś z drugiej – niestety – Polskę powiatową, która nie nadąża za tempem przemian, będąc skazana na porażkę, osamotniona oraz opuszczona, gdzie mieszkańcom żyje się naprawdę źle.

Jednak czy przypadkiem lekarstwo nie jest gorsze od trafnie zdiagnozowanej choroby? Czy nowa władza posiada pomysł na Polskę i wie, co należy zrobić?

Zobacz również:



Zamieszanie wokół Trybunału Konstytucyjnego, impas w sferze kreowania projektów parlamentarnych, wywoływanie wojen ideologicznych oraz kulturowych, zastępowanie bieżącej debaty dyskusją historyczną, pokazuje, że raczej nie.

Okazało się, że szuflady nie były pełne. Konkretne ustawy nie zostały położone na stół. Wszystko jest dopiero w fazie tworzenia. Po raz kolejny do władzy w Polsce doszła ekipa nieprzygotowana do rządzenia.

Projekt 500+

Polityka demograficzna jest w Polsce na pewno potrzebna. Wcześniej jej właściwie nie było. Dane statystyczne i prognozy na przyszłość są porażające. Za 20 lat liczba urodzeń ma spaść poniżej poziomu 160 tysięcy rocznie. W roku 2008 wskaźnik dzietności wyniósł zaledwie 1,39 (z czego w mieście kształtował się na poziomie 1,28, zaś na wsi 1,47). Współczynnik ten od roku 1997 przyjmuje wartości tzw. niskiej dzietności, co oznacza iż jako naród wymieramy. W roku 2014 osiągnął pułap 1,29. Tymczasem, aby naród mógł się odtwarzać, aby zachodził proces zastępowalności pokoleniowej, powinien osiągać wolumen 2,1.

Dlatego trudno krytykować pomysł nowego rządu w sferze idei czy intencji, ale jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach, a dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.

O intensywności urodzeń oraz skuteczności polityki prenatalnej decyduje wiele czynników: przede wszystkim ogólny poziom zamożności społeczeństwa, jakość systemów edukacji oraz opieki zdrowotnej, poziom opieki społecznej, stopień aktywności zawodowej kobiet; ważny jest także model kulturowy, jaki dominuje w danym społeczeństwie, gdyż on wpływa na ilość zawieranych małżeństw, jak również drogę życiową przyjmowaną przez kobiety. Badania pokazują, iż w związkach nieformalnych rodzi się mniej dzieci.

A więc potrzebny jest cały katalog działań systemowych, a nie tylko pojedyncze kroki. Wydaje się, że niski wskaźnik dzietności w Polsce wynika z dwóch zasadniczych czynników: 1) modelu kulturowego, jaki przyjęto po 1989 r.; 2) procesów społecznej pauperyzacji i braku pewności życia (słabych perspektyw na przyszłość). Zatem najlepszym sposobem na wyraźną poprawę sytuacji demograficznej, wydaje się być wzrost gospodarczy, budowanie zamożności społeczeństwa oraz dobrobytu, tworzenie sprawnych i nowoczesnych struktur ochrony zdrowia, a także ośrodków edukacyjnych, lecz przede wszystkim zdecydowane poprawienie sytuacji na rynku pracy (również w zakresie wielkości wynagrodzeń) oraz zapewnienie pewności życia – stabilizacji życiowej.

Program rządu PiS ma dwa mankamenty: jest niesprawiedliwy – poza wyjątkami nie obejmuje pierwszego dziecka; natomiast wziąwszy pod uwagę nakłady finansowe, jakie za sobą pociąga jest mało ofensywny. W większym stopniu nastawia się na petryfikowanie obecnej struktury dzieci, niż jej modyfikowanie we wszystkich przedziałach dzietności: rodziny, które mają jedno dziecko z pewnością będą chciały postarać się o drugie, ale czy rodzice którzy posiadają dwójkę dzieci zechcą mieć trzecie, albo małżeństwa, które wychowują trójkę dzieci zdecydują się na czwarte. Przecież muszą mieć świadomość, że to zmultiplikuje koszty związane z wychowaniem i edukacją w przyszłości, kiedy ich pociechy osiągną pełnoletność.

Program PiS jest drogi i suboptymalny. Osiągnięte efekty będą niewspółmierne do poniesionych kosztów budżetowych. Pociąga za sobą konieczność wprowadzenia nowych podatków, co może poskutkować obniżeniem tempa wzrostu gospodarczego oraz nałożeniem zbyt wielkich obciążeń na przedsiębiorców.

O wiele lepszy byłby system dynamicznych dopłat do trojga dzieci, poprzez ustalenie gradacji: na pierwsze 300, na drugie 500, na trzecie 800. Byłby droższy, ale efekty byłyby zdecydowanie większe, z uwagi na silniejsze impulsy zachęt, wynikające z dynamicznej struktury dopłat.

Podatki

System finansów publicznych w Polsce oraz polityka fiskalna wymagają gruntownych, radykalnych reform. Na skomplikowanych procedurach podatkowych, niejasnych przepisach, złożonych mechanizmach, szerokiej siatce możliwości odpisów, zwolnień, ucieczek, korzysta jedynie sektor optymalizacji podatkowej, doradzający w jaki sposób unikać płacenia podatków.

System podatkowy jest w Polsce rażąco niesprawiedliwy. Opodatkowana jest przede wszystkim praca. Nie jest to na pewno sytuacja pociągająca za sobą efekt redystrybucyjny, a i wpływy do budżetu są dużo niższe od optymalnych.

Paradoksalnie podatki płacą przede wszystkim ludzie biedni, których nie stać na usługi z zakresu sfery optymalizacji podatkowej oraz kompetentne doradztwo podatkowe. Bogaci, otoczeni różnego rodzaju kancelariami prawnymi i biurami rachunkowo-księgowymi, w majestacie prawa nie płacą podatków.

Inni, nie tak bardzo zamożni przedsiębiorcy, których nie stać na optymalizację podatkową, uciekają do szarej strefy

Nagminnie wyłudzany jest zwrot podatku VAT, poprzez tworzenie fałszywego łańcucha transakcji oraz mechanizmu obrotu fikcyjnymi fakturami. Celują w tym zwłaszcza organizacje przestępcze np. handlujące stalą.

Rząd PiS nie zapowiedział gruntownej reformy podatkowej i raczej próbuje brnąć w to co było do tej pory. Ogłoszono jedynie chwytliwy postulat uszczelnienia ściągalności podatku VAT, co jest bardzo ambitnym oraz szlachetnym przedsięwzięciem, o którym niestety mówi już się coraz mniej.

Na lipcowej konwencji partii, w roku 2015, poświęconej sprawom gospodarczym, Beata Szydło, wtedy jeszcze tylko kandydatka na premiera, gwarantowała, iż w wyniku uszczelnienia procedur poboru podatku VAT, do budżetu państwa wpłynie dodatkowe 70 mld zł. Taka sztuka nie udała się żadnemu krajowi będącemu członkiem Unii Europejskiej. Z państw Wspólnoty najbardziej zdeterminowana do walki z przestępczością wyłudzeniową w zakresie VAT jest Portugalia, która na uszczelnieniu systemu zyskała 10 mld zł. Więc o czym mówimy?!

Propozycje PiS w tym obszarze są ambitne, szlachetne, ale jednocześnie naiwne i całkowicie nierealistyczne.

Tymczasem wprowadzane są nowe daniny na rzecz budżetu państwa: podatek bankowy i podatek obrotowy. Obydwa rozwiązania mogą negatywnie wpłynąć na polską gospodarkę: poprzez obniżenie atrakcyjności Polski w oczach zagranicznych inwestorów; i poprzez obniżenie akcji kredytowej.

Obydwa podatki zostaną też przerzucone na klientów. A więc, choć co prawda w ograniczonym zakresie i w sposób rozproszony, uderzą w zwykłych obywateli. Podatek obrotowy jest cenotwórczy (wiąże się z tak zwanymi ukrytymi stawkami podatkowymi od poszczególnych transakcji w procesie produkcyjnym, których nie widzimy w ostatecznej cenie), czyli jego koszt poniosą konsumenci.

Doświadczenia wielu państw, w tym również teoria ekonomii, dobitnie pokazują, iż podwyższanie podatków oraz wprowadzanie nowych obciążeń podatkowych niekoniecznie zwiększa dochody budżetowe, a wręcz przeciwnie – dochody budżetu rosną przy niskich stawkach podatku i prostym systemie podatkowym. Mówi o tym krzywa Laffera, ilustrująca iż stosunek pomiędzy wzrostem stawek podatkowych, a zwiększeniem wpływów do budżetu jest odwrotnie proporcjonalny.

Dodatkowo, co udowadnia przykład Stanów Zjednoczonych z lat 80. XX w., obniżanie stawek podatkowych pociąga za sobą wyraźny efekt redystrybucyjny.

Zatem działania PiS w sferze podatków (nakładanie nowych podatków i komplikowanie całości systemu podatkowego) idą w kierunku przeciwnym od pożądanego.

Reindustrializacja

Co decyduje o tempie rozwoju gospodarczego?
Czynnikiem, który zadecyduje o tempie rozwoju gospodarczego Polski w przyszłości będzie poziom inwestycji prywatnych. Oprócz ilościowego wymiaru PKB, istotny jest również wymiar jakościowy; obok wielkości tego wskaźnika, liczy się także – kto wie czy nie bardziej – również jego struktura. I tu jest właśnie pies pogrzebany. W Polsce w dalszym ciągu istnieje zbyt duży udział państwa we wzroście gospodarczym.
To powoduje, iż mamy do czynienia z nominalnymi wartościami PKB, które nie przekładają się na wzrost realny, i nie budują dobrobytu. Poprawa sytuacji ekonomicznej posiada tylko walor statystyczny, ale nie podąża za nią doświadczenie życiowe ludzi. Polska gospodarka dopiero przy przekroczeniu pułapu 4 proc. PKB zaczyna tworzyć nowe miejsca pracy, podczas gdy gospodarki amerykańska, brytyjska, czy niemiecka, osiągają efekt zmniejszania bezrobocia już przy wzroście gospodarczym na poziomie 1,5 proc.

Polski wzrost gospodarczy (nawet wówczas gdy jest wysoki) jest słabo odczuwalny.

Dzieje się tak dlatego, że na polską gospodarkę ciągle zbyt wielki wpływ wywierają struktury państwa: armia urzędników i przerost biurokracji, nierentowne spółki skarbu państwa, deficyt budżetowy oraz dług publiczny, wszystko to sztucznie nakręca wskaźnik PKB, tyle tylko, że nie przekłada on się na realne podniesienie poziomu życia, i bardziej równomierną redystrybucję wzrostu gospodarczego.

Rządowy program reindustrializacji, zapowiedziany przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego, jeszcze bardziej zwiększy udział państwa w gospodarce, tym samym podniesie znaczenie wydatków budżetowych w strukturze PKB, co może powodować, iż jego statystyczny wolumen nie będzie adekwatny wobec realnych procesów gospodarczych. Aktywność inwestycyjna państwa nigdy nie dorówna pod względem efektywności gospodarczej, inwestycjom prywatnym, które w sposób najbardziej wydajny napędzają innowacyjność, a także tworzą nowe miejsca pracy.

To co powinno robić państwo, to tworzyć warunki do jak najbardziej elastycznej oraz intensywnej działalności gospodarczej prywatnych podmiotów.

Poza tym z reindustrializacją będą wiązać się trzy negatywne, patologiczne procesy gospodarcze: korupcja, klientelizm, i marnotrawstwo. Są one obecne wszędzie tam, gdzie struktury państwa posiadają zbyt wielki udział w gospodarce. Rozszerzanie przestrzeni państwa w gospodarce, to jednocześnie zwiększanie obszaru korupcji, klientelizmu, i marnotrawstwa.

Podmiot prywatny zawsze wygra konkurencję z państwowym, i zawsze lepiej będzie gospodarował pieniędzmi.

Minimalna stawka godzinowa

Dlaczego w Polsce występuje bezrobocie, a płace są niskie? Istnieje kilka determinant, które utrwalają taki stan rzeczy. Po pierwsze, obowiązuje sztywny kodeks pracy, który nie kreuje dynamizmu na rynku pracy. Ten stan rzeczy był w ostatnich latach obchodzony przez umowy cywilno-prawne, i m.in. dlatego bezrobocie w Polsce zaczęło spadać, a Polska relatywnie dobrze zniosła światowy kryzys ekonomiczny, mający miejsce w okresie 2008 – 2012.

Po drugie, praca w Polsce jest zbyt bardzo obciążona podatkami, a także różnego rodzaju daninami na rzecz budżetu państwa. Pracodawcy nie mogą zaproponować pracownikom zadawalających warunków płacowych, gdyż muszą uiszczać „haracz” do kasy państwa – inaczej mówiąc są zmuszeni do wygenerowania pieniędzy na płacę dla pracownika i składania się na wynagrodzenia dla kadry urzędniczej.

Z tym wiąże się niski entuzjazm pracowników ze świadczonej pracy oraz mała motywacja do zwiększania wydajności.

Logiczne więc jest, że zmniejszając biurokrację i obniżając podatki, państwo doprowadzi do ograniczenia bezrobocia oraz podwyższenia realnego poziomu płac, a wtórnie również (w co niektórym trudno uwierzyć) przyczyni się do zwiększenia dochodów budżetowych, poprzez rozszerzenie obszaru podatkowego. Dobrobyt jest wszędzie tam, gdzie jest wolność. Podwyższenia płac nie da się zadekretować ustawami. Do ich podniesienia może doprowadzić jedynie wolny rynek. Czym większa będzie wolność gospodarcza, czym mniejszy stanie się udział państwa w gospodarce, tym bezrobocie będzie niższe, a płace wyższe. To jest oczywista zależność występująca w wolnorynkowej gospodarce.

Rząd Beaty Szydło nie wie co czyni. Wprowadzając minimalną stawkę godzinową za pracę, sprokuruje zwiększenie bezrobocia, problemy na rynku pracy, a także ucieczkę przedsiębiorców z zatrudnianiem pracowników w szarą strefę. Efekt więc będzie przeciwskuteczny. Rykoszetem może to uderzyć również w budżet państwa, gdyż zmniejszą się jego dochody, przy jednoczesnym zwiększeniu wydatków, związanych z potrzebą wypłacania zasiłków.

Jedynie uelastycznienie Kodeksu pracy (wprowadzenie luźnych umów kontraktowych) oraz radykalne zmniejszenie kosztów pracy, czyli redukcja obciążeń fiskalnych związanych z pracą, jest w stanie doprowadzić do realnego wzrostu płac. Żadne inne polityczne „zaklęcia” nie pomogą.

Emerytury

Analogiczna sytuacja ma miejsce z emeryturami. Polski nie stać na obniżenie wieku emerytalnego do 65 lat u mężczyzn i 60 u kobiet, a zatem do przywrócenia stanu sprzed 2012 r. Wynika to z negatywnych trendów demograficznych: w roku 2001 było w Polsce 5,6 mln osób nieaktywnych zawodowo, szacunki prognozują, że w roku 2030 będzie ich o 4 mln więcej; w roku 2008 na 100 pracujących przypadało 41 emerytów, predykacja demograficzna zakłada, iż w roku 2060 stosunek ten zmieni się radykalnie na niekorzyść, w relacji odpowiednio 100 do 91.Budżet państwa tego nie wytrzyma. System emerytalny może się zawalić, nawet przy utrzymaniu obniżonych progów uprawniających do przechodzenia na emeryturę.

Kto ma pracować na przyszłych emerytów?! Pole manewru jest bardzo małe, a właściwie nie istnieje.

W tej sytuacji racjonalnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie równej dla wszystkich emerytury obywatelskiej (na minimalnym poziomie) oraz możliwości jej zwiększania w nieobligatoryjnych filarach, przez tych którzy chcą dużej pracować i płacić dodatkowe (nieobowiązkowe) składki.

Wartością dodaną tak skrojonego systemu emerytalnego, byłoby radykalne zwiększenie w społeczeństwie skłonności do oszczędzania, w myśl reguły, że każdy jest kowalem swojego losu i musi zabezpieczyć się na starość. Dzięki temu udałoby się uratować budżet oraz finanse państwa.

Egzamin dojrzałości…

Jak wiemy z życia po studniówce przychodzi matura, czyli egzamin dojrzałości, wówczas też dokonania rządu Beaty Szydło zostaną zweryfikowane. Jednak już dziś można powiedzieć jedno: obecna konstelacja rządowa padła ofiarą własnych demagogicznych zapowiedzi, weszła w pułapkę, którą sama na siebie zastawiła: w ferworze kampanii wyborczej zgłosiła bardzo konkretne, a jednocześnie mało realistyczne postulaty, precyzyjnie wyrażone w liczbach, które teraz, aby nie utracić zaufania wyborców, będzie musiała realizować.

Może pójść dwiema drogami, ma do rozważenia dwie alternatywy: albo wybierze ekonomiczny realizm i polityczny pragmatyzm, i w imię interesu państwa oraz odpowiedzialności za kraj porzuci przedwyborcze propozycje, narażając się tym samym na utratę poparcia ze strony wyborców i nielojalność wobec nich, co stało się już niestety tradycją bez mała prawie wszystkich rządów po 1989 r.; albo wybierze drogę partyjniactwa (wyższości interesu partyjnego nad państwowym) i dalej będzie brnąć w populizm oraz socjotechnikę.

Może wybrać również trzecią drogę: zastępowania deficytu chleba nadmiarem igrzysk, wzniecaniem wojen kulturowych, ostrych sporów ideologicznych, oraz prowadzeniem dyskusji o historii.

Wybór jednej z tych trzech dróg będzie swoistym egzaminem dojrzałości. W gospodarce, podobnie jak w biznesie, najważniejsze są dwie rzeczy: powaga i wiarygodność. A zdaje się, że to rząd Beaty Szydło podczas swoich pierwszych sto dni, tyleż konsekwentnie co skutecznie, roztrwonił. Awantura wokół Trybunału Konstytucyjnego, a w praktyce jego anihilacja, zachwiała wizerunkiem Polski jako przewidywalnego gracza w oczach opinii międzynarodowej, i rozpętała dyskusję, która podważyła zaufanie do Polski.

Nie jesteśmy dzisiaj postrzegani jako kraj przewidywalny, a to będzie miało niebagatelne znaczenie również dla gospodarki. A przecież żyjemy w dobie globalizacji, kiedy wiele spraw wymaga szerokiej, globalnej współpracy gospodarczej. Poza tym rząd nie jest przygotowany do rządzenia, nie ma gotowych ustaw ani nie dysponuje kadrami mogącymi udźwignąć odpowiedzialność za państwo. Wszystkiemu co robi towarzyszy chaos, dezynwoltura oraz niekompetencja.

Jeszcze raz potwierdziła się stare powiedzenie, że „król jest nagi”.

Kliknij, aby powiększyć
o autorze
Roman Mańka jest redaktorem naczelnym blogu eksperckiego fundacji FIBRE oraz dziennikarzem magazynu „Ambasador”. Jest również publicystą i pisarzem, autorem książek popularno-naukowych z zakresu socjologii i politologii. W przeszłości pracował w mediach lokalnych, opisywał sprawy z zakresu działalności zorganizowanych struktur przestępczych. Publikował również w mediach ogólnopolskich, pełnił funkcję z-ca redaktora naczelnego Gazety Finansowej oraz szefa działu krajowego tegoż czasopisma, jego artykuły były publikowane w Onet.pl, Interia.pl, Forbes.pl, Inwestycje.pl. a także w magazynach Home&Market i Gentleman. Obecnie zajmuje się analizami z zakresu filozofii, socjologii, socjologii wiedzy, socjologii polityki, politologii, geopolityki i globalizacji.