Nie da się stworzyć nowoczesnej gospodarki bez pieniędzy

Nie jesteśmy bogatym państwem, dlatego podejmowane przez nowy rząd działania stanowią spore obciążenie dla budżetu. A jeżeli chcemy zapowiadane propozycje wprowadzać, musimy w pierwszej kolejności pomyśleć o intensyfikacji dochodów, a także o nowych źródłach dochodów - mówi Marek Zuber. Czołowy polski ekspert ekonomiczny i analityk rynków finansowych w rozmowie z Romanem Mańką porusza także m.in. kwestie skutecznego zaangażowania państwa w innowacyjność gospodarki, stawiając tezę, że dzisiejsze inwestycje i programy w tej sferze zadecydują o fundamentach rozwoju polskiej gospodarki na dziesięciolecia.

Roman Mańka: W jaki sposób ocenia Pan propozycję rządu premier Beaty Szydło? Jak można określić program gospodarczy gabinetu utworzonego przez PiS?

Marek Zuber:Z całą pewnością nie jest to program rządu, który chciałby zacieśniać finanse publiczne. Ewidentnie mamy do czynienia z próbą zwiększonego wydawania pieniędzy, w stosunku do tego co było w ostatnich latach.

Zobacz również:



Czy taka zmiana polityki gospodarczej jest dobra?

Nie jesteśmy jeszcze tak bogatym krajem jak chociażby Niemcy, Szwecja, Norwegia, czy Wielka Brytania, jednak z drugiej strony poziom zabezpieczenia socjalnego w tych państwach – pomimo przeprowadzanych tam reform – jest dużo wyższy niż w Polsce. Oczekiwania społeczne dotyczące poprawy sytuacji w obszarze socjalnym, zmuszają polskich polityków do poszukiwania rozwiązań funkcjonujących w bogatszych krajach Unii Europejskiej.

Na ile działania polityków są racjonalne, a na ile determinuje je doraźny populizm?

Polityka nie może być wbrew społeczeństwu
Ocena PiS-u jakoby była to partia czysto populistyczna nie do końca jest właściwa, ponieważ trudno prowadzić politykę gospodarczą wbrew społeczeństwu i sprawować władzę w państwie, które ignoruje oczekiwania społeczne.
Jeszcze raz powtórzę: nie jesteśmy bogatym państwem, dlatego podejmowane przez nowy rząd działania stanowią spore obciążenie dla budżetu. A jeżeli chcemy zapowiadane propozycje wprowadzać, musimy w pierwszej kolejności pomyśleć o intensyfikacji dochodów, a także o nowych źródłach dochodów. Stąd mówi się o nałożeniu nowych podatków, które miałyby płacić banki oraz sieci handlowe. Ocena PiS-u jakoby była to partia czysto populistyczna nie do końca jest właściwa, ponieważ trudno prowadzić politykę gospodarczą wbrew społeczeństwu i sprawować władzę w państwie, które ignoruje oczekiwania społeczne.

Ale czy nie za dużo w programie nowego rządu postulatów socjalnych?

Zwrot w kierunku socjalnym jest nieodzowny. W 2004 r. Polska stała się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej, co w radykalny sposób zmieniło percepcję sytuacji społeczno-gospodarczej. Bez większych problemów Polacy mogą wyjeżdżać w dowolne miejsca Europy i porównywać istniejący tam poziom życia do sytuacji, z którą mamy do czynienia w Polsce.

Zmieniła się perspektywa odniesienia?

Do głosu doszło nowe pokolenie. Ich nie obchodzi co było kiedyś. Oni nie pamiętają czasów komunizmu i nie wiedzą, że wówczas było jeszcze trudniej. Ich interesuje dzisiaj. Jeżdżąc po Europie widzą, jak jest gdzie indziej, a niestety ten kontekst jest dla Polski niekorzystny: w porównaniu z Wielką Brytanią czy Niemcami wypadamy dużo gorzej; pod kątem socjalnym położenie przeciętnego obywatela jest u nas znacznie mniej korzystne.

Czy stać nas na rozszerzanie rozmiarów opiekuńczości?

Polityka socjalna jest funkcją zamożności poszczególnych państw, ale nie zmienia to faktu, że wpływa również na odczucia ludzi, którzy nie zawsze rozumieją ograniczenia wynikające z sytuacji społeczno-gospodarczej. Dlatego element większego uwypuklenia akcentu socjalnego w programie ekonomicznym państwa jest konieczny. Cały problem polega na okiełznaniu sfery wydatków w taki sposób, aby ich zwiększenie nie doprowadziło do poważniejszych turbulencji w budżecie.

Roman Mańka i Marek ZuberKliknij, aby powiększyćRoman Mańka i Marek ZuberCzy to się uda? Czy finanse państwa wytrzymają dodatkowe obciążenia?

2016 r. jest bezpieczny. Kluczowe będą następne lata. Ale nie da utrzymać się dwóch podstawowych programów PiS (czyli 500+ oraz zapowiadanego podwyższenia kwoty wolnej od podatku), bez wyraźnego wzrostu ściągalności podatku VAT i wystąpienia odczuwalnego efektu mnożnikowego.

Wielu ekspertów uważa, że poprawienie skuteczności ściągalności podatku VAT będzie niezmiernie trudne?

Poprawić ściągalność VAT
Nie da utrzymać się dwóch podstawowych programów PiS (czyli 500+ oraz zapowiadanego podwyższenia kwoty wolnej od podatku), bez wyraźnego wzrostu ściągalności podatku VAT i wystąpienia odczuwalnego efektu mnożnikowego.
W zapowiedziach rządu istnieją dwa kluczowe znaki zapytania. Po pierwsze, nie wiemy na ile zostanie uszczelniona ściągalność podatku VAT; po drugie, nie znamy rozmiarów wolumenu pieniędzy, które powrócą do budżetu na skutek rozkręcenia gospodarki poprzez skierowanie środków finansowych dla ludności – mam tutaj na myśli zarówno podwyższenie kwoty wolnej od podatku, ja również program 500+. To są dwa kluczowe pytania.

Czyli sprawa zrealizowania przedwyborczych obietnic nie jest jeszcze przesądzona?

Nie wykluczam, że w przyszłym roku rząd PiS-u będzie musiał – niestety – albo zdecydować się na introdukcję kolejnych podatków, tudzież podwyższenie jakichś podatków już istniejących; albo będzie zmuszony zrezygnować z części swoich pomysłów. Dzisiaj tego nie wiemy.

Ale przecież problem ściągalności VAT dotyka również wielu innych krajów?

Jak finansowo domknąć plan rządu?
Podniesienie poziomu ściągalności podatku VAT musi zostać wzbogacone o efekt mnożnikowy. Minimum 14 mld z tych dwóch elementów (uszczelnienia VAT-u oraz efektu mnożnikowego), plus podatek bankowy i podatek od wielkopowierzchniowych sieci handlowych
Patrząc na Unię Europejską i na problemy związane z oszustwami VAT-owskimi, trzeba zauważyć, iż najbardziej zdeterminowanym państwem do tropienia tego rodzaju przestępstw jest Portugalia. Jeślibyśmy odnieśli sukces porównywalny do osiągnieć Portugalczyków – w tej dziedzinie – i przełożyli na nasze poletko, udałoby się w ten sposób zebrać 7 góra 10 mld zł, a zatem 25 proc. tego co dzisiaj ginie w efekcie różnego rodzaju malwersacji.

A ile jest potrzeba, aby domknąć budżet?

Podniesienie poziomu ściągalności podatku VAT musi zostać wzbogacone o efekt mnożnikowy: dopiero on na porównywalnym w stosunku do ściągalności pułapie – może trochę niższym: rzędu 5 – 7 mld – będzie zadawalającym zabiegiem; czyli minimum 14 mld z tych dwóch elementów (uszczelnienia VAT-u oraz efektu mnożnikowego), plus podatek bankowy i podatek od wielkopowierzchniowych sieci handlowych. Dopiero to wszystko razem pozwoli na utrzymanie finansowania programu 500+ z budżetu. Jeśli dodamy do tego podniesienie kwoty wolnej będzie trzeba więcej pieniędzy.

Czy nie będzie tak, że propozycje rządu pójdą w przeciwnym od zamierzonego kierunku: podatek od sieci i podatek bankowy zostaną przerzucone na klientów? Czyli my zapłacimy za to?

Z punktu widzenia budżetu nie ma to większego znaczenia. Czy podatek bankowy zostanie przerzucony na klienta czy sfinansowany ze zmniejszonym zyskiem, z punktu widzenia polityki budżetowej państwa, to jest dokładnie to samo. Moglibyśmy mówić co najwyżej o negatywnym efekcie wynikającym z korelacji, a więc z zależności, że skoro Polak zapłaci więcej za system bankowy, to mniej będzie konsumował, ale to zjawisko będzie minimalne, ponieważ koszty funkcjonowania systemu bankowego w niewielkim stopniu obciążą budżet przeciętnego Kowalskiego.

A wiec ciężar przerzucenia podatku bankowego na klientów zostanie rozproszony?

Korzyści z nowych podatków
Nie mam wątpliwości, że podatek bankowy prawie w całości, natomiast podatek od sieci handlowych w znacznej części, zostanie przerzucony na klientów. Jednak w kontekście ich fiskalnego charakteru, nie ma to żadnego znaczenia. W przeliczeniu na jednego klienta będzie to wielkość nawet nie kilkudziesięciu złotych miesięcznie, tylko kilku złotych.
Nie mam wątpliwości, że podatek bankowy prawie w całości, natomiast podatek od sieci handlowych w znacznej części, zostanie przerzucony na klientów. Jednak w kontekście ich fiskalnego charakteru, czyli ściągnięcia dodatkowych pieniędzy w celu finansowania pomysłów rządu, nie ma to żadnego znaczenia. W przeliczeniu na jednego klienta będzie to wielkość nawet nie kilkudziesięciu złotych miesięcznie, tylko kilku złotych, a więc zupełnie nieodczuwalna.

Rząd zapowiada również wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej. Takie rozwiązanie może wypchnąć ludzi z obszaru legalnej pracy w szarą strefę?

Mniej więcej trzy lata temu, kiedy pojawiały się analogiczne pomysły – opodatkowania, tzw. oZUSowania „umów śmieciowych” – nie byłem zwolennikiem tego rodzaju rozwiązań. Jednak równocześnie, jakby drugim tchem, wskazywałem, że za dwa, trzy lata, wystąpi w Polsce inna sytuacja, kiedy wyraźnie poprawi się rynek pracy. I to się dzieje. To się fizycznie dzisiaj w Polsce dzieje – mamy coraz mniejsze bezrobocie (już jest jednocyfrowe), rosną realne wynagrodzenia. W związku z tym, teraz istnieje inna sytuacja.

Czy na tyle dobra żeby ustanawiać minimalną stawkę wynagrodzenia za godzinę pracy?

Stawka minimalna nie przewróci gospodarki
Wprowadzenie dwunastozłotowej minimalnej stawki godzinowej nie spowoduje bardzo poważnych negatywnych zmian na rynku pracy w odniesieniu do pracobiorców. Dzisiaj mamy już inny rynek, który w coraz większym stopniu staje się terenem dyktowania warunków gry, już nie przez pracodawców lecz przez pracobiorców.
Wprowadzenie dwunastozłotowej minimalnej stawki godzinowej nie spowoduje bardzo poważnych, negatywnych zmian na rynku pracy w odniesieniu do pracobiorców. Dzisiaj mamy już inny rynek, który w coraz większym stopniu staje się terenem dyktowania warunków gry, już nie przez pracodawców lecz przez pracobiorców. To jest ta diametralna różnica, w stosunku do tego co było wcześniej, jeszcze kilka lat temu.

12 zł zaspokoi oczekiwania pracowników?

Musimy pamiętać, że Polska się różni, i te 12 zł będzie miało inny wymiar w Bieszczadach, a zupełnie inny w Warszawie. Dlatego jestem wielkim zwolennikiem zróżnicowania minimalnego wynagrodzenia w zależności od zamożności poszczególnych regionów.

Dlaczego polska gospodarka jest tak mało innowacyjna? Dlaczego sektor nazywany na całym świecie Research & Develompent nie napędza w Polsce wzrostu gospodarczego?

Jeśli popatrzymy na gospodarkę amerykańską, to okazuje się, że zamierzonych rezultatów nie osiągnięto od razu, zaś Amerykanie nie stali się innowacyjni w jednej chwili. Innowacje to jest proces. Również budowania odpowiednich relacji pomiędzy tymi, którzy cały system tworzą. Aby innowacje mogły zaistnieć musi być spełnionych kilka podstawowych warunków: po pierwsze trzeba zaimplementować przepisy prawne, które generalnie nie będą przeszkadzały w prowadzeniu działalności gospodarczej, czyli zapewnić łatwość inicjowania innowacyjnej aktywności gospodarczej, niestety takiej sytuacji w Polsce dzisiaj nie ma; po drugie, należy zagwarantować finansowanie innowacji; jeżeli mówimy o sektorze prywatnym, to w naszym kraju bardzo trudno pozyskać fundusze, które dopuszczają duże ryzyko wiążące się z nieudanymi projektami – mimochodem przypomnę, że w Stanach Zjednoczonych tylko 10 proc. tzw. startupów przeżywa. Kolejnym elementem jest właściwe powiązanie nauki z biznesem, a więc współpraca nauki i biznesu; w tym kontekście nie wskazywałbym nawet na rozwiązania ustawowe, lecz na niechęć naukowców (zwłaszcza tej starszej daty) do współpracy z biznesem, i na negatywne postrzeganie wzajemnych relacji przez środowisko naukowców, czyli taką mentalną barierę przed wiązaniem się z biznesem. Jeszcze inny czynnik to są rozwiązania prawne, czytaj ustawowe, a zatem wprowadzenie zachęt związane z inwestowaniem pieniędzy w szeroko rozumiane badania i rozwój. I ostatni element to są po prostu pieniądze. Wspominałem o tym czynniku, mówiąc o prywatnym obszarze, natomiast jest tu również ogromna rola państwa. Kiedy popatrzymy na najbardziej innowacyjny kraj na świecie, czyli Stany Zjednoczone, nakłady państwa stanowią tam istotny element procesu tworzenia innowacji. Często nie wprost, ale jednak; podobnie Korea Południowa, Izrael, Japonia, Tajwan. W każdym z tych krajów innowacje są w znacznej mierze generowane przez inwestycje państwa. Albo przez zgłaszane przez państwo zapotrzebowanie na jakieś rozwiązania.

Bez wsparcia państwa się nie da?

Dlaczego państwo powinno wspierać innowacyjność
Środki państwowe aktywizują ludzi do tworzenia nowych pomysłów. I często również je finansują. Tak dzieje się w USA, o Japonii nawet nie ma co mówić, bo rząd tego kraju w bardzo istotny sposób wpływa na powstawanie wręcz całych branż. Podobna sytuacja ma miejsce także w Korei Południowej.
Nawet w Stanach Zjednoczonych, przez bogactwo rozmaitych grantów, różnego rodzaju finansowań na poziomie uniwersytetów, dobrym przykładem jest tutaj Berkley, czy na poziomie instytutów, środki państwowe aktywizują ludzi do tworzenia nowych pomysłów. I często również je finansują. O Japonii nawet nie ma co mówić, bo rząd tego kraju w bardzo istotny sposób wpływa na powstawanie wręcz całych branż. Podobna sytuacja ma miejsce także w Korei Południowej. Na Tajwanie mamy państwową jednostkę, która de facto wspomaga wysiłki innowacyjne. A w Izraelu 40 proc. innowacji związanych jest z wydatkami na zbrojenia; tam z kolei innowacje napędza sektor obronny. Nie ruszymy jakoś bardzo mocno z innowacjami, nie przeznaczając na to publicznych pieniędzy. I tu widzę największy problem, dlatego że nawet gdybyśmy odpowiednie środki finansowe byli w stanie wygenerować (bo bylibyśmy w stanie je wygenerować), problemem jest przekonanie urzędników, że błąd może oznaczać ich problemy w karierze zawodowej w przyszłości, wtedy kiedy np. zmieni się konstelacja polityczna, czyli kiedy ktoś inny będzie rządził. A jeszcze raz przypomnę: jeśli w Stanach Zjednoczonych tylko 10 proc. startupów przeżywa, to znaczy, że aż 90 upada. W jaki, w takim razie, sposób urzędnik będzie tłumaczył się z faktu, że 90 proc. pieniędzy, które przeznaczał na różnego rodzaju projekty innowacyjne, nie przyniosło zwrotu.

W których dziedzinach Polska jest innowacyjna? Co można wyróżnić?

Mamy stosunkowo niewiele obszarów przyzwoitej innowacyjności. Raczej możemy mówić o prawie jednostkowych przypadkach. Jesteśmy mocni w informatyce, jesteśmy coraz lepsi w medycynie, ale – tak jak powiedziałem wcześniej – mówimy o wąskich obszarach, a nie o całych dziedzinach. Zdarzają się też jakieś pojedyncze przypadki sukcesów w chemii, w inżynierii materiałowej, i w zasadzie na tym się kończy. Niestety dzisiaj nie funkcjonujemy jako innowacyjne państwo czy jakoś bardzo istotny innowacyjny kraj w światowej gospodarce.

Prof. Stanisław Gomułka uważa, że wydatki państwa wiele nie zmienią, że musimy się nauczyć korzystać z innowacji innych, a więc dokonywać absorpcji innowacji z zewnątrz.

Chyba dobrym rozwiązaniem, w tym pierwszym okresie, nie jest tworzenie sztuki dla sztuki, na zasadzie „a może się uda”, tylko odpowiadanie na zapotrzebowania, czyli nie tyle korzystanie z innowacji, co zaspokajanie potrzeb. A zatem, jeżeli mamy inwestora zagranicznego w Polsce, który czegoś potrzebuje, to próba zrealizowania jego oczekiwań i rozwijanie innowacji w tej warstwie, to jest chyba ten pierwszy etap, który ma sens, bo on minimalizuje nakłady pieniędzy nie przynoszących bezpośrednio jakiegoś zwrotu.

A opieranie się na osiągnięciach najbardziej innowacyjnych państw?

Popatrzmy jak to się działo w Japonii czy Korei Południowej. Przecież Japończycy i Koreańczycy czerpali korzyści z osiągnięć innych, i to przez całe dziesięciolecia. To najlepiej widać w przemyśle motoryzacyjnym czy w elektronice. Oni korzystali z osiągnięć innych państw, dopiero potem wygenerowali własną myśl technologiczną, ale to trwało kilkadziesiąt lat.

Jak się ma w Polsce branża IT i czy istnieje szansa, aby kiedyś stworzyć w naszym kraju coś na wzór Doliny Krzemowej?

Stany Zjednoczone to jest zupełnie inny obszar – nie tylko pod względem wolności myślenia, ale również łatwości znalezienia finansowania, także w odniesieniu do projektów bardzo trudnych. Ale Stany Zjednoczone to królestwo kapitału, więc nie mamy co się z tym krajem porównywać. Dolina krzemowa kosztowała dziesiątki miliardów dolarów, my tych pieniędzy nie mamy, a zatem nie istnieje szansa, aby w krótkim horyzoncie czasowym realizować tego rodzaju ambitne projekty. Jesteśmy mocni, mamy dobrych informatyków, jednak to zdecydowanie za mało, aby powiedzieć, że jesteśmy super innowacyjnym państwem w dziedzinie komputerowej. Wyróżniamy się na tym tle, o czym już wcześniej wspomniałem, ale w porównaniu do Stanów Zjednoczonych – niestety – to jest odległość mierzona w latach świetlnych.

Który region w Polsce ma szansę stać się liderem w sektorze IT: Wrocław, Kraków, czy Katowice (Górny Śląsk)?

Ekosystem dla innowacji
Nie chodzi mi o sytuację, w której na uczelniach powstają rozwiązania stosowane potem w gospodarce. Nawet w USA w ten sposób nie powstaje więcej niż 5% patentów. Podstawa to realizowanie przez pracowników naukowych zleceń z przemysłu i usług. Niekoniecznie na uczelniach.
Jeżeliby analizować wymiar prostych zleceń informatycznych, to dzisiaj liczą się dwa ośrodki: Warszawa i Kraków – być może nawet już teraz bardziej Kraków, z uwagi na niesamowity rozwój outsourcingu usług; prawie 50 tys. miejsc pracy, tyle dzisiaj w Krakowie tworzy outsourcing usług pochodzących z różnych branż, nie tylko IT; w Warszawie tych miejsc pracy jest znacznie mniej, chociaż w sumie informatyków zatrudnia się więcej niż w Krakowie. Generalnie liczyć się będą te ośrodki, które dysponują silnymi uczelniami, silnymi środowiskami naukowymi. Bez tego będzie trudno. Nie chodzi mi jednak o sytuację, w której na uczelniach powstają rozwiązania stosowane potem w gospodarce. Nawet w USA w ten sposób nie powstaje więcej, niż 5% patentów. Podstawa to realizowanie przez pracowników naukowych zleceń z przemysłu i usług. Niekoniecznie na uczelniach. Mogą oni pracować bezpośrednio w sektorze prywatnym. Tego typu współpraca stanowi o potędze amerykańskiej gospodarki.

Czyli gospodarka oparta na wiedzy?

Oczywiście, że gospodarka oparta na wiedzy, ale pamiętajmy też o pieniądzu. Nie da się dzisiaj tworzyć nowoczesnej gospodarki bez pieniędzy. Czasami wszystko wydaje nam się takie proste: cóż to jest informatyka?! Przecież informatyka to nic innego tylko komputer i pomysł. To prawda, ale po pierwsze, nie każdy jest tak genialny, aby wymyślać rzeczy, które zmieniają świat; po drugie zaś, nawet jeżeli te pomysły się pojawiają, to trzeba je jakoś wdrożyć i rozpropagować, a zatem trzeba je również skomercjalizować. A to wszystko niestety kosztuje. Jeszcze raz powtarzam: my gigantycznych pieniędzy nie mamy, nie liczmy więc na cuda dokonane w kilka lat.

Na koniec zapytam o prognozę ekonomiczną dla Polski na najbliższe lata?

Podtrzymuję to co mówiłem trzy, dwa lata temu, czyli kolejne cztery, pięć lat będzie mniej więcej takie jak rok 2015. Kluczowe dzisiaj zagadnienie sprowadza się do kwestii: czy w okresie najbliższych czterech, pięciu lat zrobimy fundament rozwoju na następne lata? A tym fundamentem z całą pewnością może być także wyraźny postęp w dziedzinie innowacyjności polskich przedsiębiorstw. Nie jesteśmy w stanie w pięć lat stać się drugą Koreą Południową, ale Korea stawała się Koreą przez kilkadziesiąt lat. Natomiast wyraźny kierunek rozwoju gospodarczego musimy nadać. Nie ma współcześnie w świecie mocnego państwa, które nie byłoby oparte na wiedzy, i które rozwija się bez innowacji. Udział innowacji w Polsce jest kilkakrotnie mniejszy w stosunku do PKB, niż to ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, Izraelu, czy innych krajach o których mówiłem. Jeżeli szacujemy, że ok. 4,5 proc polskiego PKB stanowią innowacje, to nawet w Czechach ten odsetek wynosi prawie dwa razy tyle.

A w światowej gospodarce co się będzie działo?

Mamy parę zagrożeń, w rodzaju sytuacji w Chinach czy krajach rozwijających się, będących istotnym źródłami surowców, jak np. Brazylia. Jednak, moim zdaniem, jeżeli grozi nam jakieś poważne tąpnięcie gospodarcze, to nie związane z Chinami, tylko z branżą łupkową w Stanach Zjednoczonych, która jest zadłużona już na sumę ćwierć biliona dolarów. Na marginesie powiem, że jestem wielkim entuzjastą łupków oraz całego tego sektora, ale rzeczywiście utrzymujący się dalej bardzo niski poziom cen ropy, może doprowadzić do jakichś problemów, chociaż niebezpieczeństwo ich wystąpienia oceniam na góra 20 proc. Raczej jestem umiarkowanym optymistą, jeżeli chodzi o następne lata, i nie uważam, aby jakiś dramat gospodarczy na świecie miał się wydarzyć, oraz żeby coś dramatycznego miało nas, Polaków, spotkać.

Kliknij, aby powiększyć
Marek Zuber
Czołowy polski ekspert ekonomiczny i analityk rynków finansowych. Laureat nagrody „Doradcy Politycznego Roku 2006” przyznawanej przez World Connect. Komentator ekonomiczny i felietonista największych polskich mediów. Doradzał wielu bankom oraz instytucjom finansowym. W roku 2006 został szefem doradców ekonomicznych premiera RP Kazimierza Marcinkiewicza. Absolwent prestiżowych krakowskich uczelni Akademii Ekonomicznej w Krakowie oraz Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.